piątek, 5 sierpnia 2016

Gaja Grzegorzewska, "Żniwiarz"

Rzadko zdarza mi się sięgnąć po powieści naszych rodzimych autorów, jednak śledząc blogosferę powoli zaczęłam otwierać się na ojczystą literaturę. O Gai Grzegorzewskiej usłyszałam i przeczytałam kilka pochlebnych opinii, więc zaryzykowałam i sięgnęłam po "Żniwiarza".
Fabuła

W małym sielskim miasteczku w makabryczny sposób zostaje zamordowana młoda kobieta. Jej ciało zostaje znalezione wśród pól kukurydzy - morderca odciął jej głowę. W śledztwo zostaje zaangażowana początkująca pani detektyw - Julia Dobrowoslska. Zlecenie rozwiązania morderstwa to jej najpoważniejsze zlecenie w dotychczasowej karierze, w tym męskim zawodzie. Zadania nie ułatwiają jej niechętny inspektor policji ani dziennikarz śledczy, na bieżąco relacjonujący widzom postępy w śledztwie. 


Młoda pani detektyw szybko przekonuje się, jak wiele sekretów skrywają mieszkańcy miasteczka zdający się wiedzieć wszystko o swoich sąsiadach. 

Jak się okazuje "Żniwiarz" to debiutancka powieść Gai Grzegorzewskiej, laureatki Nagrody Wielkiego Kalibru. Pisarka śmiało wykracza poza ramy gatunku. 


Moim zdaniem

Do pewnego momentu powyższa powieść przypominała mi nieco serial "Ojciec Mateusz" - jest małe miasteczko, zbrodnia i detektyw na rowerze... Jednak w pewnym momencie zaczęły się dziać rzeczy, które w powyższym serialu na pewno by się nie zdarzyły. Jakie? Tego Wam nie zdradzę. Mogę Wam napisać, że dostałam do ręki tajemniczą i zaskakującą historię napisaną lekką ręką, od której szczególnie pod koniec nie mogłam się oderwać. Nie da się ukryć, żeGaja Grzegorzewska nie tyko potrafi stworzyć lekką powieść kryminalną, ale również nie stroni od podejmowania trudnych tematów, które nie rzadko stanowią również tabu. Mamy tu nie tylko tajemnicze morderstwo, ale także biseksualizm i kazirodztwo. Autorka bardzo zręcznie wpisała tą problematykę w fabułę.

Jednakże "Żniwiarz" moim zdaniem ma kilka rys. Chociażby Julię, która mimo swojej spostrzegawczości, wydaje się być mało kompetentną osobą. Jednak z drugiej strony dzięki temu nabiera realnych rysów, ponieważ każdy musiał kiedyś zdobyć doświadczenie. 

Reasumując "Żniwiarz" to całkiem niezła polska powieść, którą czyta się całkiem przyjemnie. Czytało mi się go na tyle dobrze, że postanowiłam zaopatrzyć się również w "Betonowy pałac" i "Kamienną noc", wobec których mam spore wymagania. 
To właśnie dzięki takim autorkom jak Gaja Grzegorzewska odzyskuję wiarę w polską literaturę. Mam nadzieję, że do tej autorki dołączą jeszcze inni pisarze, w których będę się zaczytywać. 

środa, 3 sierpnia 2016

Podsumowanie lipca 2016 by Natalia

Ostatni czas jest dla mnie bardzo intensywny. Do tego stopnia, że padam na twarz już o 21. Jednak o dziwo przeczytałam dużo więcej książek niż się spodziewałam przeczytać. 


1. S. Verant, "Siedem listów z Paryża", 
2. A. Jack, "Z Galileusza też się śmiali", 
3. M. de Blasi, "Tamtego lata na Sycylii",
4. J. Kopińska, "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?", 
5. G. Grzegorzewska, "Żniwiarz",
6. W. Markowicz, "Kropki"

Sześć książek jak na człowieka, który cierpi na chroniczny brak czasu i siły to jak dla mnie świetny wynik tym bardziej, że w zeszłych miesiącach było kiepściutko :/. Jednak najbardziej zadziwia mnie to, że w zeszłym miesiącu zaczęłam sięgać po polskich autorów i jakoś na żadnej książce się nie zawiodłam. To sprawiło, że odzyskałam nieco wiarę w naszą rodzimą literaturę ;). 

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

J. Kopińska, "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie"

"Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?" to publikacja, która "chodziła" za mną bardzo długo. Opisuje ona sprawę ośrodka wychowawczego w Zabrzu prowadzonego przez siostry boromeuszki. Nie spodziewałam się łatwej lektury, jednak to czego dowiedziałam się z tej książki przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. 

Nie wiem na ile znacie sprawę, ale w ośrodku prowadzonym przez siostry było 8 (słownie osiem) wychowawczyń na kilkadziesiąt dzieci, które miały prawo być przepracowane i znerwicowane, ponieważ praca w domu dziecka nie należy do łatwych. Jednak zbyt mała liczba wychowawczyń w stosunku to dzieci to najmniejsze z przewinień sióstr, bo to w ich kwestii było zwiększyć liczbę wychowawców lub nie przyjmować dzieci ponad stan. Okazuje się bowiem, że codziennością w tej placówce było znęcanie się nad dziećmi, bicie ich (nieraz do krwi i/lub nieprzytomności, łamanie kości i wyrywanie garściami włosów - również do krwi), zmuszanie do jedzenia - dzieci musiały zjeść wszystko niezależnie od tego czy coś lubiły czy nie, a jeżeli zwymiotowały przy jedzeniu to wychowawczynie kazały im jeść wymiociny. Do tego dochodziło obarczanie dzieci zbyt dużymi obowiązkami (np. sprzątaniem wszystkich pokoi, praniem skarpetek wszystkich wychowanków itp.) Poza tym w tym ośrodku panowało przyzwolenie na przemoc i gwałty na młodszych dzieciach. W placówce, która powinna dać i tak trudnym dzieciom chociażby podstawowe poczucie bezpieczeństwa i zapewnić podstawowe potrzeby na poziomie humanitarnym, na porządku dziennym była przemoc fizyczna i psychiczna. No bo jak można wyzywać 3 czy 4roletnie dziecko i wyrywać mu włosy aż do krwi? 

Wybaczcie, że zdradzam Wam, aż tak dużo szczegółów z książki, ale podchodzę do niej bardzo emocjonalnie. Chociażby dlatego, że sama jestem pedagogiem, który jakiś czas pracował w domu dziecka. Doskonale wiem jak człowiek się przejmuje tymi dziećmi i stara im się coś włożyć do głów, a to przecież to nie są łatwe i wdzięczne do pracy dzieci... Świetnie pamiętam zmiany podczas których moja grupa miała zły dzień (wtedy ciężko było ich opanować), albo miałam tyle zajęć, że pod koniec popołudniowej zmiany niemalże spałam na siedząco wykończona fizycznie i psychicznie. Zatem nikt mi nie wmówi, że nie wiem jaka to trudna praca, bo doskonale to wiem. Jednak nie wyobrażam sobie, żebym miała pobić wychowanka, albo pozwalać na to, żeby któryś był tak bardzo wykorzystywany przez starszych kolegów, jak w placówce w Zabrzu. Dlatego też nie rozumiem jak te siostry mogły pozwalać na to wszystko, ukrywać to, a w dodatku nie widziały nic złego w swoim postępowaniu, bo przecież te dzieci mają zło w genach, którego nie da się wyplenić, więc po co cokolwiek robić? Najtragiczniejsze jest to, że przez wiele lat nikt nic nie robił, żeby cokolwiek się zmieniło w tej sprawie chociaż były sygnały, że coś jest nie tak - ale albo nikt nie chciał się wychylać i szlajać się później po sądach, aby składać zeznania, albo nie mógł w to uwierzyć. I szczerze? Samej ciężko było mi uwierzyć w to, że w takiej placówce, w naszych czasach mogą dziać się rzeczy, które się nie mieszczą w głowie. Nie umiem zrozumieć krat w oknach, zamykania chłopców we wspólnej sali na klucz od zewnątrz (zostawiając wiadro na odchody) i izolowania ich od świata zewnętrznego oraz pozwalania na gwałty i niesamowity ogrom przemocy fizycznej i psychicznej wśród wychowanków... Jednak chyba najbardziej szokuje mnie to, że ta placówka nie miała żadnego nadzoru ze strony urzędów (np. Urzędu Miasta), a jak miała to była to kontrola na żenującym poziomie... Chcę, żebyście mieli świadomość, że ten ośrodek był finansowany bodajże z UM, a urząd wcale nie rozliczał do z tego jak te fundusze były wykorzystywane. 

Ktoś może powiedzieć, że ta publikacja to kolejny atak na Kościół Katolicki. Jednak moim zdaniem ta pozycja jest całkiem rzetelnie napisana tym bardziej, że informacje w niej zawarte są do sprawdzenia. Ilość krzywdy, które wyrządziły te skrzywione kobiety nie mieści mi się w głowie, ponieważ te dzieci nawet po wyjściu z ośrodka nie wiedzą tego co jest dobre, a co złe i chociażby w pedofilii czy morderstwach nie dopatrują się niczego niegodziwego... Normalnie, aż nóż mi się otwiera jak pomyślę o tych wszystkich osobach, które mogły sobie ułożyć życie na przyzwoitym poziomie, a zostały przestępcami ze skrzywioną psychiką, których zrobiły z nich siostry. 

niedziela, 24 lipca 2016

M. De Blasi, "Tamtego lata na Sycylii"

Bardzo rzadko sięgam po tego typu literaturę. Po prostu zbyt często trafiałam na kiepskie powieści, które nie dość, że były napisane słabym językiem, to jeszcze nie wnosiły nic nowego. Jednak czytając opis tej książki stwierdziłam, że nie mogę odmówić sobie sięgnięcia po tą pozycję :). Znajdziemy w niej magiczny świat dawnej Sycylii pełen zapachów, smaków i miłości, który ożywa na łamach powyższej powieści. Autorka serwuje nam tajemniczą i subtelną opowieść o miłości, odwadze i marzeniach.

Górzyste rejony Sycylii to miejsce, w które podobno obcy rzadko się zapuszczają. Tam czas jakby się zatrzymał. A w dzikim sercu wyspy, ukryta pośród pól i ogrodów leży posiadłość o nazwie Villa Donnafugata. Jest to niezwykłe i fascynujące miejsce, gdzie w zgodzie i harmonii mieszkają wdowy i wdowcy z okolicy. Ci ludzie razem pracują, modlą się przygotowują jedzenie i dzielą się nim z biednymi. Ta historia pachnie świeżo upieczonym chlebem, olejkiem pomarańczowym, duszonymi pomidorami i ziołami; a panią i gospodynią tego miejsca jest piękna i tajemnicza Tosca - wychowanica byłego właściciela, księcia Leo d'Anjou. Kobieta trafiła tu, kiedy miała dziewięć lat, jako biedna, wiejska dziewczyna. 


"Tamtego lata na Sycylii" urzeka zapachami, lekkością i nutą tajemnicy, która obecna jest do końca opowieści. Historia snuta przez autorkę może wydawać się spokojna i monotonna, ale jest również pełna niejasności, tajemnic i zaskoczeń. Nie sposób oderwać od niej myśli, kiedy zaczęło się wgłębiać w historię mieszkańców miejsca takiego jak Villa Donnafugata... Tam dzień dzisiejszy przesiąknięty jest historią, która przekazywana jest następnym pokoleniom na bieżąco, a wszystko to doprawione jest miłością, marzeniami i cichą obecnością mafii. 

Nie sposób pisać o tej książce więcej unikając spojlerów. Po nią trzeba sięgnąć i najlepiej pochłonąć w jeden lub dwa wieczory...

wtorek, 19 lipca 2016

Książki, o których nie zapomnisz #1

Na grupach czytelniczych na FB czasem pojawiają się wątki typu:Jaka była książka, która zmieniła Wasze życie/myślenie?Często osoby szukają książek, które wywrą na nich mocne wrażenie lub są niezapomniane czy wręcz nimi potrząsną i wywołają kaca książkowego... (mam nadzieje, że łapiecie o co chodzi;) ). I szczerze mówiąc bardzo mnie dziwi kiedy widzę te niekończące się polecajki młodzieżówek, w których moim zdaniem zawsze pojawia się to samo, tylko w innej otoczce. Dlatego postanowiłam na bieżąco robić zestawienia książek, które były więcej niż bardzo dobre i sprawiły, że faktycznie moje myślenie, albo postrzeganie pewnych spraw jakoś się zmieniło. Zatem zaczynajmy...



Na początek chciałabym Wam polecić 3 książki, o których już pisałam, ale o których warto przypominać. 

Yi Mun-yol, "Nasz skrzywiony bohater" 


Ta niepozornie wyglądająca książeczka opowiada o chłopcu, który przenosi się z Seulu do miasteczka na prowincji i tam kontynuuję naukę w szkole, przekonany, że zaimponuje kolegom i zostanie liderem. Jednak okazuje się, że natychmiast pada ofiarą charyzmatycznego i skorumpowanego Om Sok - dae. Przemoc i zastraszanie oraz skomplikowane intrygi zapewniają mu sukces - chłopcy są posłuszni, a jego pozycja w klasie pozostaje niezmienna. 

Powyższa książka jest jedną z niewielu, które do tej pory czytałam jeżeli chodzi o koreańską literaturę, jednak jeszcze bardziej podsyciła moją ciekawość. Historia w niej zawarta to alegoria systemu politycznego i władzy. Zaczyna się jak prosta opowieść o dominacji w szkolnej klasie, lecz rozwija się w chłodną przypowieść o żądzy władzy i desperackiej potrzebie akceptacji.

Zauważyłam, że koreańscy pisarze mają tendencję do minimalizmu, ale historie napisane w ten sposób często mają niesamowity wydźwięk. W "Naszym skrzywionym bohaterze" każdy z nas na pewno znajdzie odniesienia do mniej lub bardziej współczesnej historii, co uderza w niej najbardziej. 

Gong Ji - Young, "Nasze szczęśliwe czasy" 


Ta powieść chyba najbardziej mną potrząsnęła. "Nasze szczęśliwe czasy" to historia bogatej kobiety, której całe życie jest naznaczone piętnem seksualnego i psychicznego znęcania oraz młodego człowieka skazanego na karę śmierci. Kiedy coraz bardziej poznajemy historię ich samych oraz nietypowej znajomości tych dwojga, dociera do nas, że mamy przed sobą niezwykłą historię o odkupieniu, miłości i uczeniu się żyć z tym co nas spotkało. 

Czytając tą książkę często musiałam sobie robić przerwy, ponieważ pewne momenty były dla mnie emocjonalnie zbyt trudne. I tego właśnie oczekuję po książkach, które mają we mnie coś zmienić - że mną potrząsną...sprawią, że nie będę mogła o nich zapomnieć. Takie powieści często sprawiają, że mam po nich książkowego kaca - po niej tak miałam. "Nasze szczęśliwe czasy" to książka, o której zdecydowanie zbyt mało się pisze i mówi - a szkoda, bo to jedna z tych historii, które pozostają z Czytelnikiem na długo o ile nie na zawsze. Nie chcę pisać Wam o niej więcej, bo to się wiąże ze spojlerami, a tego staram się uniknąć...żeby dowiedzieć się o tym, co mną tak sponiewierało, to musicie po nią sięgnąć. 

Herman Koch, "Kolacja" 


Być może niektórzy z Was pamiętają, że w jednej z moich poprzednich prac miałam czytające towarzystwo. I ta książka zrobiła niesamowitą popularność jako ta, która na prawdę wstrząsa człowiekiem, ponieważ ukazuje to, do czego potrafi on być zdolny. Zło tkwiące w nas nie zawsze jest od razu widoczne - czasem chowa się pod płaszczykiem pozorów, a pewne rzeczy zamiata się pod dywan. 

I ta powieść jest bardzo minimalistyczna, ponieważ cała akcja rozgrywa się podczas jednej kolacji w trakcie, której pewne małżeństwa spotyka się, aby przedyskutować co dalej zrobić to co zrobili ich dzieci... Ten wieczór przesądzi o całym ich życiu i zaważy o szczęściu ich rodzin. 


Jak wspomniałam wyżej to jest historia o tym jak bardzo ukryte w człowieku zło może przerażać i ukrywać się gdzieś pod przykrywką... "Kolacja" wstrząsa i pozostaje w pamięci na długo, wywołując dziwne dreszcze na ciele, gdy przypomni się ta historia. 


Jak widzicie książki, które mają na mnie największy wpływ to nie te, w których wiele się dzieje, ale te, które może i są niepozorne, ale ujawniają prawdę o nas samych i/lub naszej historii. Powiem Wam w sekrecie, że w najbliższym czasie mam zamiar przeczytać kilka trudnych książek, o których pewnie nie raz Wam wspomnę. Więc jeżeli macie podobne zainteresowania do moich na pewno możecie się spodziewać czegoś dla siebie.