sobota, 26 listopada 2016

Antykoncepcja, jako działania magiczne.

Bardzo zaintrygował mnie fakt, jak podchodzono do pewnych zagadnień dotyczących kobiet w moim regionie. Tym bardziej, że miało to miejsce stosunkowo nie tak dawno temu. Chciałabym wiedzieć o tym więcej, dlatego też postanowiłam pisać o tym dalej - notki zawsze wpływają na mnie motywująco jeżeli chodzi o poszerzanie wiedzy na jakiś temat lub testowanie czegoś ;]. Tym razem chciałabym podjąć temat dotyczący tego jaki był stosunek do spraw związanych z prokreacją. 

Antykoncepcja jako irracjonalne działania magiczne. 

Otóż młode kobiety - zarówno te uwiedzione, jak i te, które przed ślubem z własnej woli zeszły z drogi cnoty oraz rozpoczęły życie seksualne przed ślubem, a bały się ciąży biegały o północy pod drzewko owocowe i skrobiąc korę jabłonki lub wiśni błagały: noś za mnie, a ja zakwitnę za ciebie. Do tego grona należały też wiarołomne mężatki. O tego typu praktykach, które były znienawidzone przez Boga wspominają głównie średniowieczne źródła kościelne. M. in. w XIII opisywał je zakonnik Rudolf, który stworzył poradnik i kwestionariusz dla spowiedników (Katalog magii Rudolfa) nakazując, aby szczegółowo wypytywali o nie swoje penitentki. 

Antykoncepcja czy też zabiegi poronne sprowadzały się w zasadzie do irracjonalnych czynności magicznych. Niestety zdarzało się, że stosowano prymitywne i niebezpieczne próby mechanicznego usuwania płodu, które niejednokrotnie kończyły się tragicznie. Były to np. dźwiganie ciężarów, skoki z dużej wysokości, gorące kąpiele i okłady, a także zabiegi z użyciem ostrych przedmiotów. Nie trudno się domyśleć, że niezamężne ciężarne kobiety były traktowane przez swoje najbliższe środowisko (w tym też rodzinę) bardzo surowo i bezlitośnie - w końcu to one były wszystkiemu winne. 

Natomiast zupełnie inaczej traktowano mężczyznę.  Tak zwane złe prowadzenie dotyczyło tylko kobiet - w końcu mężczyzna musiał się wyszumieć, a kobieta była tylko latawicą, wycieruchem czy nawet suką. To kobieta - wiarołomna żona i dziewczyna, kiedy zaszła w ciążę bez ślubu hańbiła siebie i rodzinę. 

Sposoby radzenia sobie z niechcianą ciążą. 

Kobiety i uwiedzione dziewczyny w panice i desperacji starały się pozbyć tej hańby, chociażby pijąc różne mikstury, np. wodę zmieszaną z prochem strzelniczym, mocny odwar ze sporyszu, który ma silne działanie obkurczające, wywar z jarego żyta, z piołunu, z nagietek, z mydlnicy, wodę mydlaną, albo zażywając różne, silne środki przeczyszczające itp. 

Sądzono, że takie praktyki powinny być obce porządnym dziewczętom i kobietom, tzn. takim, o których mówiono, że się szanują, bo zachowują dziewictwo aż do ślubu, są posłuszne mężowi i przez całe życie dochowują mu wierności, a rodzenie i wychowywanie gromadki dzieci uważają za swój przyrodzony i święty obowiązek. 

Przedmałżeńskie pożycie intymne kobiet, ciąża pozamałżeńska i nieślubne dzieci, wzbudzały zgorszenie i społeczną dezaprobatę. Tak zwane panny z dzieckiem były lekceważone, wytykane palcami, a niekiedy nawet represjonowane. W skrajnych przypadkach taka ciężarna mogła zostać nawet wydziedziczona, wygnana z domu (biorąc najpierw ojcowskie cięgi), skazana na najgorszy los - na opuszczenie, nędzę, a nawet na przedwczesną śmierć. 

Bibliografia: 
  • Polskie tradycje i obyczaje. Rodzinne., dr B. Ogrodowska
Zdjęcia/obrazy: 

środa, 23 listopada 2016

G. Grzegorzewska, "Noc z czwartku na niedzielę"

Gaja Grzegorzewska, "Noc z czwartku na niedzielę" - słowem wstępu

Bardzo długo stroniłam od polskiej literatury, ponieważ zaczynając moją przygodę z regularnym czytaniem często zawodziłam się na naszych rodzimych autorach. Nie znajdowałam nic co by mnie zadowalało. Do czasu. 
Otóż okazuje się, że wystarczy dobrze poszukać, a znajdzie się perełki, które pozostaną z nami na dłużej. Jedną z nich jest Gaja Grzegorzewska i jej twórczość. Po dobrych wspomnieniach dotyczących "Żniwiarza" postanowiłam sięgnąć również po inne książki tej autorki. Tym razem była to "Noc z czwartku na niedzielę", która jest drugim tomem cyklu, który zapoczątkował "Żniwiarz".
Fabuła

Weekend może być naprawdę długi...

Prywatna detektyw, Julia Dobrowolska, przyjmuje intratną pracę w detektywistycznym show u boku gwiazdy telewizyjnej, Wiktora Bergena. Odtąd jej śledztwom towarzyszy ekipa telewizyjna, a Julia musi się podporządkować dość ekscentrycznym wymaganiom Bergena.

Gdy dzwoni do niej siostra, detektywka nie spodziewa się, że chodzi o kryminalną sprawę, a już na pewno nie tak złożoną i mroczną. Siostra była świadkiem morderstwa… Nim Julia zdąży wysłuchać zeznań świadków zabójstwa, ginie następna osoba, a zaraz potem kolejna… A wszystko w jednej krakowskiej kamienicy, której właścicielem jest brat bliskiego Julii mężczyzny.

W labiryntach osobliwego klubu, wielopoziomowego jak sama zagadka, ukrytych jest wiele tajemnic. Pojawiają się też pożądanie i zagrożenie, których Julia nie uniknie… A morderca czyha gdzieś bardzo blisko…
Czy w blasku kamer, w zamkniętej przestrzeni, Julia Dobrowolska zdoła dopaść seryjnego zabójcę? A może sprawców jest więcej?

Czy warto poświęcić czas na tą książkę? 

To zależy od tego czego szukacie. Jeżeli szukacie lekkiego kryminału, który Was zrelaksuje to jak najbardziej. Gaja Grzegorzewska "Żniwiarzem" rozpoczęła lekki i niewymagający cykl, który potrafi zrelaksować. Jednakże z drugiej strony zawarte są w niej wątki, które mogą nieco zaskoczyć co bardziej pruderyjnych czytelników.
W "Nocy z czwartku na niedzielę" znajdziemy więcej kontrowersyjnych wątków, ciekawych przestępstw i zawiłości w relacjach między bohaterami. Gaja Grzegorzewska świetnie utrzymała klimat poprzedniej powieści sprawiając, że kontynuację czyta się równie dobrze jak pierwszy tom. A to jest bardzo trudne do zrobienia. W "Nocy z czwartku na niedzielę" mamy kontynuację pewnych wątków z poprzedniej części i na pewno zaspokoją ciekawość odnośnie tego jak potoczyły się relację między poszczególnymi bohaterami. Autorka coraz bardziej odkrywa przed nami tajemnice poszczególnych postaci. Jednak robi to w taki sposób, że drugą część cyklu spokojnie można czytać bez znajomości poprzedniej, ponieważ fabuła nie jest ze sobą ściśle powiązana, przez co spokojnie możemy wszystko zrozumieć. 

Zatem "Noc z czwartku na niedzielę" spokojnie sprawdzi się w momencie kiedy nie macie ochoty na lekturę, która wymaga od Was większego zaangażowania. Przy tej pozycji świetnie się zrelaksujecie i na kilka chwil oderwiecie od swoich codziennych obowiązków.  A jeżeli szukasz więcej tekstów związanych z literaturą znajdziecie na portalu Kobiece Porady. 

sobota, 19 listopada 2016

Kiedy zakwitała kobieta...

Prokreacja jako oczywisty fakt biologiczny każdej społeczności ma również wymiar społeczny i kulturowy; o czym szczególnie ostatnio się przekonujemy. Dlatego też uznałam, że to będzie idealny moment na rozpoczęcie cyklu inspirowanego serią książek "Ocalić od zapomnienia", która ukazała się nakładem wydawnictwa Muza. W związku z tym co się dzieje ostatnio w naszym kraju chciałabym zostać w temacie dorastania i przekazywania nowego życia. 

Kwiat kobiety

Jeszcze jakiś czas temu kiedy dziewczyna zaczynała miesiączkować mówiło się, że zakwita - ma swój kwiat, swój czas, przez co zdolna jest do poczęcia dziecka. Dopiero wtedy matki informowały swoje córki o właściwościach ich organizmu i fizjologii. Działo się tak dlatego, że dość powszechnie uważano, iż uświadamiające rozmowy o sprawach intymnych, a zwłaszcza o tajemnicy płci i rodzeniu dzieci są niewłaściwe i nieobyczajne. Zatem dziewczęta miały dowiadywać się o wszystkim we właściwym czasie - najlepiej w zaciszu małżeńskiej alkowy. 

Dlatego też dla wielu dziewczynek pierwsza menstruacja bywała wstrząsem. Nie trudno się domyślić, że były przerażone swoim stanem, który brały za ciężką, niebezpieczną, a nawet śmiertelną chorobę. Jednakże ów kwiat był niewątpliwym znakiem ich płodności, dlatego też nawet starsze kobiety (np. wdowy, które pragnęły ponownie wyjść za mąż) chwaliły się, że jeszcze swojego kwiatuszka nie straciły. 

Stan niezwykły, niezbadany, dziwaczny i tajemniczy. 

Ów kwiat na całym świecie (i u nas również) był postrzegany za coś tajemniczego i dziwacznego, a już na pewno niebezpiecznego dla otoczenia. Tak samo traktowano cały żeński cykl rozrodczy, ciążę, poród i połóg - jak wielką i niepojętą tajemnicę kobiecej płodności, z którą wiązał się liczne nakazy, zakazy izolacyjne oraz praktyki ochronne. 

W przeszłości wierzono zatem, że miesiączkująca kobieta jest nieczysta i może wywoływać zły, szkodliwy, destrukcyjny wpływ na ludzi, zwierzęta, przedmioty, z którymi się zetknie, ziemię i płody ziemi, a także na produkty żywnościowe oraz na zwykłe codzienne gospodarskie czynności. Uważano również, że zagraża także rodzajowi męskiemu i sądzono nawet, że miesiączkująca kobieta bezcześci miejsca święte. 

Dlatego też obowiązywały ją różne specjalne zakazy i zachowania, które dotyczyły np. różnych zajęć w domu i ogrodzie. Kobiecie nie wolno było w tych dniach, siać, flancować warzyw i kwiatów; gdyż uważano, że ziarna nie wzejdą, sadzonki nie wyrosną jak należy, natomiast ich korzenie nadgryzą robaki, krety i nornice. Taka niewiasta nie mogła również zbierać warzyw, aby nie wyjałowić grządki; zrywać owoców, ani tym bardziej - wspinać się po nie na drzewa, które mogły od tego przestać rodzić lub odtąd wydawać owoc skąpy i niewydarzony, a nawet usychać. 

Miesiączkującej kobiecie kategorycznie zabraniano rozniecania ognia, pieczenia chleba, a nawet pomocy czy rozczynianiu i wyrabianiu ciasta chlebowego, toczeniu bochenków i wkładaniu ich do pieca ze względu na to, że zarówno ogień (symbol dobra i domowego ogniska), jak i chleb (najważniejszy pokarm) doznawały zniewagi.

Podobne zakazy dotyczyły zagniatania i pieczenia innych ciast, które nigdy nie udawały się kobiecie z miesięczną słabością, gdyż źle rosły, zawsze miały zakalec i nikomu nie smakowały. Zakaz ten obejmował również kiszenie ogórków, kapusty i przygotowanie innych przetworów z owoców i warzyw - w przekonaniu, że na pewno się zepsują i spleśnieją. Kobiecie nie wolno było również czerpać wody ze studni, która mogła ulec skażeniu i lęgły się w niej larwy much i komarów. Natomiast jeżeli nie było nikogo w pobliżu, kto mógłby ją z tej czynności wyręczyć zobowiązana była wrzucić w toń kilka groszy, aby oczyścić wodę oraz jako zadośćuczynienie za złamanie zakazu. 

Wierzono, że w tych osobliwych dniach kobieta nie powinna współżyć z mężem, aby mu nie zaszkodzić i nie narazić jego zdrowia na szwank jego zdrowia. Uważano, że jeżeli poczęłoby się w tym czasie dziecko to urodzi się ono z plamami na skórze, z czerwoną, brzydką cerą oraz na pewno będzie miało zły, gwałtowny - czyli krewki charakter. 

Inne ograniczenia 

Liczne ograniczenia miesiączkujących kobiet dotyczyły również kontaktów z ludźmi oraz udziału w tradycyjnych obrzędach. Ograniczenia takie egzekwowano np. na ziemi tarnobrzeskiej, na ziemiach położonych w widłach Wisły i Sanu, na ziemi krakowskiej, ale również w innych regionach Polski. 

Miesiączkująca kobieta nie mogła również przez kilka dni karmić piersią, brać na ręce i kołysać w ramionach dziecka innej matki, przestępować przez żywe stworzenia, np. siedzące w progu zwierzę lub dziecko (przestawały rosnąć), a przechodząc przez kładkę lub most nie mogła mijać się z inną osobą, gdyż mogła jej zaszkodzić.

Miesiączkująca kobieta a obrzędy religijne.

Miesiączkująca niewiasta nie mogła również być druhną na weselu, ani trzymać dziecka do chrztu, ponieważ jej stan mógł wyrządzić zło zarówno nowożeńcom, jak również dziecku.

Jeszcze w XIX w. i nawet na początku XX w. (np. na ziemi rzeszowskiej, tarnobrzeskiej,  i tarnowskiej - przeważnie na wschodnich rubieżach Polski, na całym pograniczu polsko - ruskim) pod groźbą grzechu śmiertelnego kobiecie nie można było podczas miesiączki przystępować do komunii, a nawet wchodzić do kościoła, kaplicy czy nawet odwiedzać cmentarza. Jeżeli kobieta złamała ten zakaz, a zwłaszcza kiedy np. kropla jej krwi upadła na kościelną posadzkę, natychmiast wzywano księdza, w celu wyświęcenia zbezczeszczonego miejsca. Te wierzenia i obyczaje były poparte autorytetem Kościoła. 

Inne cechy przypisywane kobietom z menstruacją

Szkodliwe i wzbudzające lęk działanie przypisywano odzieży noszonej w te dni przez kobiety oraz wodzie, w której noszone rzeczy były prane. Wodę po wypraniu takiego ubrania należało wylewać ukradkiem, poza obejście, najlepiej do bieżącej wody (np. rzeki), aby złe i szkodliwe nieczyste siły jak najszybciej odpływały z prądem. Czasem taką wodę wlewano do kreciej czy mysiej nory, bo wtedy nikomu nie mogła zaszkodzić a przy okazji niszczyła szkodniki. 

Krew menstruacyjną (żeński kwiat) stosowały czarownice w swych niezliczonych, niecnych i grzesznych praktykach - głównie w magii miłosnej. 

Kwiat ten uchodził bowiem za niezwykle skuteczny i niezastąpiony afrodyzjak - lepszy nawet od dosypanych do jedzenia spalonych włosów ludzkich czy lubczyku. Miał on wzbudzać w mężczyznach wielką namiętność. Dlatego też młode pany na wydaniu z różnych stanów starały się, aby chociaż odrobinę tej substancji zadać upragnionemu i upatrzonemu chłopcu, aby oczarować go i wzbudzić w nim wielkie pożądanie oraz miłość. 

Ciekawostka... 
Biologiczną dojrzałość kobiety potwierdzał nie tylko stan fizjologiczny, ale poświadczało o tym również tak zwane huknięcie w twarz. Był to siarczysty policzek wymierzany przez matki dziewczynom przy pierwszej menstruacji. Robiły tak dlatego, aby córki miały zdrową, piękną i gładką cerę oraz, aby zapamiętały, że od tej chwili stają się kobietami, których przyrodzoną powinnością jest macierzyństwo. 

Nie wiem jak Wy, ale ja o tych rzeczach nie miałam zielonego pojęcia. Szczególnym zaskoczeniem jest dla mnie to, że powyższe zwyczaje były szczególnie obecne w regionie, w którym mieszkam. Dlatego na pewno będę chciała jeszcze bardziej zgłębić się w tematykę zwyczajów, które kiedyś panowały w naszym kraju. Dajcie znać czy chcecie, abym stworzyła cykl dotyczący powyższej tematyki...mam nadzieję, że jesteście za, bo mimo wszystko chciałabym się z Wami dzielić tym co odkryję. 

Bibliografia: 
  • Polskie tradycje i obyczaje. Rodzinne., dr B. Ogrodowska
Zdjęcia/obrazy: 

wtorek, 15 listopada 2016

M. Kahn, A. Veron, "Kobiety w mafii",

 Moje kryminologiczne zamiłowanie odbija się niemalże w każdej dziedzinie mojego życia. Literatura nie jest w tym przypadku odosobnieniem. Dlatego też sięgnięcie po "Kobiety w mafii" autorstwa Milki Kahn i Anne Veron było dla mnie niemalże obowiązkowe. 
Rola kobiet w mafii była przez długi czas bagatelizowana. Ograniczone do statusu ofiary, zdominowane przez mężczyzn, odesłane do domowych zajęć, są szacownymi wizytówkami mafiosów, prezentującymi się jako doskonałe, nieskazitelne, podporządkowane. Trudno sobie wyobrazić, że te „madonny” są żonami krwawych zabójców.

Kim są naprawdę te kobiety, towarzyszące mężom i synom w ich życiu zbrodniarzy i więźniów? Madonnami czy matkami chrzestnymi?

Ta książka ukazuje, że od zawsze odgrywały one ważną rolę w łonie organizacji przestępczych: rolę strażniczek mafijnej tradycji. Podczas gdy mężczyźni przebywają w kryjówkach lub pod kluczem, one kultywują i przekazują mafijne wartości. Kiedy owdowieją, popychają synów do wendetty i coraz częściej same stają się bossami. 

A jednak wiele z nich decyduje się, pewnego dnia, z obawy o swoje życie, zerwać z rodziną mafijną, podjąć współpracę z wymiarem sprawiedliwości i stać się jedną ze „skruszonych”, by skończyć z przestępczością i rozpocząć normalne życie. 

A zatem, madonny czy matki chrzestne? Aby to rozstrzygnąć, zaprezentowano portrety kobiet cosa nostry, ndranghety i kamorry. Ich niezwykłe losy zostały nam opowiedziane głównie poprzez niepublikowane dotąd świadectwa, zebrane na miejscu.


Sięgając po tą pozycję byłam ciekawa tego jak właściwie funkcjonują kobiety w takich organizacjach i właściwie dowiedziałam się, że to w znacznej mierze jest uwarunkowane kulturowo. Dlatego też w zależności od tego gdzie dana organizacja miała swój początek, bo kobiety będą funkcjonowały tak jak w regionie, z którego dana mafia pochodzi. 

W powyższej książce znajdziemy zatem kilka historii niebywałych kobiet, które z własnej woli, głupoty lub urodzenia zostały żonami mafiozów, co zaważyło na ich całym życiu. 

sobota, 5 listopada 2016

K. Lange, "Serce z popiołu"

 "Serce z popiołu" to zakończenie młodzieżowego cyklu "Serce ze szkła". 

W tej książce namiętność i strach są splecione w morderczym uścisku. Czy tajemnica domniemanej śmierci Charlie zostanie wyjaśniona? Zaskakujący finał trylogii Kathrin Lange trafił do rąk czytelników 12 października.

Juli miała nadzieję na wspólne życie u boku Davida, który usiłował sobie przypomnieć, jaki był jego udział w wydarzeniach związanych z tragiczną śmiercią Charlie, jego dziewczyny. Rozwiązanie ich utrapień przychodzi zupełnie nieoczekiwanie: Charlie żyje! David nie musi się już za nic obwiniać, a on i Juli mogliby odtąd żyć długo i szczęśliwie. Problem jednak w tym, że piękna Charlie poruszy niebo i ziemię, by odzyskać byłego narzeczonego, podczas gdy Juli, prześladowana przez ducha, powoli popada w obłęd. David dostrzega tylko jedną możliwość, by ochronić swoją obecną ukochaną: musi z nią zerwać. Kiedy Juli zaczyna doświadczać coraz bardziej przerażających wizji, postanawia skończyć z klątwą raz na zawsze – nawet jeśli będzie musiała poświęcić wszystko, co jest jej drogie…

„Serce z popiołu” to niezwykle emocjonujący love thriller ukazujący dalsze losy bohaterów „Serca ze szkła” i „Serca w kawałkach”. Trzecia część trylogii zainspirowanej słynną powieścią gotycką „Rebeka” rozgrywa się na zimnej i nieprzystępnej wyspie. Ujawniane przez jej mieszkańców tajemnice i porywający finał na skraju urwiska czynią z lektury tej historii niezapomniane przeżycie. Barwnie zarysowane postaci i zawiłe losy uczucia między bohaterami sprawiają, że od „Serca z popiołu” nie sposób się oderwać. 


W serii, którą stworzyła Kathrin Lange ujęło mnie przede wszystkim to, że autorka nawiązuje do gotyckiej opowieści, a książki, które chociażby odrobinę nawiązują do tego nurtu w literaturze są jak najbardziej w moich klimatach. 

Jednakże mimo to, że seria "Serce ze szkła" jest opisywana jako love thriller, to cała ta historia ma w sobie niezwykłą lekkość zakrapianą przystępnym stylem pani Lange. "Serce z popiołu" czytałam w na prawdę ciężkim dla siebie okresie, a ta książka, chociaż nie wymagała ode mnie większego wysiłku sprawiła, że moje myśli przestały się obracać wokół bardzo przykrych wydarzeń. W tej części powyższego cyklu bohaterowie nadal mnie irytowali, a w całej fabule czegoś mi brakowało. Mimo to "Serce z popiołu przeczytałam" z przyjemnością. 

Ciężko piszę się o kolejnej, a szczególnie chyba o ostatniej części jakiejś serii. Jednak mam nadzieję, że to co znaleźliście powyżej pozwoli Wam na podjęcie decyzji czy chcecie sięgać po te książki czy nie ;). Tymczasem ja pewnie za jakiś czas powtórzę swoją przygodę z "Sercem ze szkła".